wtorek, 20 października 2015

Kuala Lumpur czas start!

Minęło 7 miesięcy  od powrotu z małego raju na Ziemi - Meksyku.  Każda z nas powtórzyła scenariusz z zeszłego roku, Tylda kontynuowała karierę stewardessy i w międzyczasie zdobyła tytuł mgr, Monia i ja  kontynuowałysmy prace/ melanż i zdobyłyśmy  umiejętność walki z efektami dnia poprzedniego - Monia na Majorce, ja na Malcie. W miedzyczasie życie dało mi jeszcze kilka innych cennych lekcji, niemiłosiernie kopiac mnie po d**ie przy każdej nadarzajacej sie okazji. Dziś spokojnie mogę powiedzieć, że  ruszam w kolejna podróż z tyłkiem niczym ze stali :)
Jednak ta podróż jest zupełnie inna (nie mówię tu o stalowym tylku), przez studia i pracę ze starej ekipy ruszam tylko ja, ktora uległa bajecznie tanim biletom do Malezji.. nie mogąc patrzeć na uciekając sprzed nosa okazję zabieram spragnioną szlajania się z plecorem siostrę i ruszam w kolejna podróż życia, gdzie największym zagrożeniem stojącym na naszej drodze jesteśmy my same i ryzyko, że możemy nawzajem się udusić. Ale jak tego nie sprawdzimy to się nie dowiemy. Pierwszy etap podróży Poznań - Stolyca już za nami, kolejny Warszawka - Madryt właśnie w trakcie. Wierzcie lub nie nie doszło jeszcze do rekoczynow i tak trzymać ! ;)

P.S. Monia, Tylda wybaczcie! ;***

niedziela, 22 marca 2015

This is it, no way :-(

Dopiero 2 dni minęly jak jesteśmy w Polsce, a ja już kombinuję, gdzie by tu wyjechać;-)


Po długich oczekiwaniach na lot z Londynu, wieczorem wysiadłyśmy w Berlinie i tam też rozstałyśmy się z Dorotą. Razem z Tyldą wsiadłyśmy w busa i zmierzałyśmy  prosto do Poznania, a przed Dorotą czekała tułaczka komunikacją miejską aż do samego Koszalina. 


Wrażenia po wyprawie- niesamowite.  Oprócz cieżkiego plecora, każda z nas wróciła z ogromnym bagażem doświadczeń, nowych znajomości i niezapomnianych przeżyć. 


Meksyk pokazał nam swoją przyjazną stronę, ponieważ przez całe 5 tygodni żadne niebezpieczne czy przykre sytuacje nas nie dopadły. Wręcz przeciwnie, na swojej drodze spotykałyśmy samych pozytywnych i pomocnych ludzi. Głupi ma szczęście co nie;-)
Jesteśmy dozgonnie wdzięczne naszym hostom i ich znajomym, że nadali typowo meksykański klimat naszej podróży. Myślę,  że najlepszym sposobem poznania kraju jest możliwiść życia wraz z tubylcami. 


Z mojej strony to już wszystko i z niecierpliwością czekam na kolejną przygodę:-D . Mam cichą nadzieję, że za rok uda nam się ponownie wyruszyć, a na razie każda z nas musi wrócić do rzeczywistości i poogarniać własne sprawy. 
A z racji tego, że w Europie rozpoczęła się wiosna i zaczyna robić się zielono to ja udaję się do Holandii radować się zielenią;-) Do usłyszenia :-*

piątek, 20 marca 2015

Z lenistwie nie wygrasz

Po powrocie z Cozumelu lądujemy w Playa del Carmen, krótko mówiąc Mielno tyle że cieplejsze i nad morzem Karaibskim. 



Dla nas nic ciekawego, wiec zamiast spaceru fundujemy sobie plażing, tyle że w cieniu palmy i w pełnym ubiorze bo żadna z nas nie ma juz ochoty  wystawiać dupska na słońce i oglądać przesuszonej łuszczacej się tygodniami skóry. Jak teraz o tym myślę to musiałysmy wyglądać tragicznie, wykończone podróżą, leżące jak zwłoki pod drzewem. 


Po 3 godzinach intensywnego opierdzielania udajemy się do McDonalda wypróbować tutejsze smaki McFlurry i wyruszamy w drogę powrotną do Cancun. Podróż kończymy z klasą - w luksusowym apartamencie naszego hosta Kena, znanego w naszym skromnym gronie jako "Super Czlowiek". Super człowiek ma super mieszkanie, super uporządkowany styl życia, super dietę, super muskuły i super górę pieniążków, które na pewno daje mu jego super praca jako model fitness. Krótko mówiąc wszystko super! 
Wykończone naszym wyczerpujących dniem i objrzeniem serialu z super człowiekiem udajemy się w kimę, układając ambitne plany na kolejny dzień. Niestety czas nauczył nas, że największym wrogiem jest rzeczywistość. I w tym temacie nic sie nie zmienia. Tutaj rzeczywistość to nic innego niż nasze obrzydliwe lenistwo i niechęć do wstania z łóżka o 7 rano... Miały być cenoty i piramidy majów, jest wygodna poduszka i klimatyzacja! :) dla mnie spoko! Po 4 godzinnych próbach ogarnięcia się z pomocą przychodzi nam super człowiek, ktory widzi chyba, że zachowujemy się jak obłożnie chore i proponuje, żebyśmy zabrały się z nim do pracy. Pomyślcie- praca? ale stypa... Ale nie zapominajmy, że mowa tu o super człowieku! Praca Kena polega na siedzeniu przy basenie na plazy tuż przy ekskluzywnym hotelu i po prostu byciu i wygladaniu (wspominałam już, że Ken jest super?). Tak wiec jedziemy! 



Ostatni dzień mija nam na wylegiwaniu w wygodnych łożach przy samym morzu, słuchaniu muzyki z plażowej DJki i niestety na zamartwianiu się, że to już koniec jak dla mnie jednych z najlepszych wyjazdów w całym życiu. Po plaży szybkie zakupy, prysznic, pakowanie plecaków (na ktorych widok żołądek podchodzi mi do gardła) i szukanie taksy. Lecimy do Londynu. Dzień dobry Europo, do zobaczenia Meksyku!




wtorek, 17 marca 2015

Plażing, smażing, drinking

Po urodzinowej imprezie Erica, trudno nam się ogarnąc i wrócić do rzeczywistości. Nie mamy innego wyjścia jak stanąć na wysokości zadania i przynajmniej sprawiać wrażenie trzeźwych, ponieważ ok 11 przyjeżdżają po nas "Bliźniacy“ i ruszamy na wyspe-Cozumel.  A dlaczego akurat tam,  ponieważ gdy byłyśmy w  Meridzie, u Daniela, tak się polubiłyśmy z Bliźniakami, że proponują nam weekendowy wypad w ich rodzinne strony, na Cozumel.


  Mieszkamy w 4pokojowym mieszkaniu z basenem, jakże miła odmiana po spaniu na podłodze w kuchni;) 


Myślę, że należał nam się odpoczynek po tak wyczerpującej wyprawie.
I tak całe 3 dni mijają nam na beztroskim lenistwie i zabawie. Jest to nasz ostatni weekend w Meksyku, więc staramy się nałapać jak najwięcej promieni słonecznych, aby nie dostać depresji w szarej, zimnej Polsce. Podróżujemy po całej wyspe i sprawdzamy, każde plaże
Na jednych uciekamy przed falami,  bojąc się o wlasne życie, a na innych podziwiamy podwodny, koralowy świat. 

W niedziedzielę postanawiamy bliżej przyjrzeć się morskiemu otoczeniu i wybieramy się na nurkowanie.
  Na 7 osób mamy tylko jednego instruktora, więc sami możemy decydować gdzie płynąć i na co patrzeć- oczywiście w granicach odpowiedzialności.



piątek, 13 marca 2015

Tulum bicz!

Dwa dni w Tulum zleciały nam nim zdążyłyśmy się zorientować.. Po wyczerpujących przemarszach z plecorami nadszedł wreszcie czas na plażing i relaks! I to jaki ;) Na pierwszy ogień wybrałyśmy zapowiadaną jako niesamowitą - plażę w Akumal;) - znajdującą się ok 26 km od naszego uroczego turystycznego miasteczka. 
A cóż w niej takiego niesamowitego? Hmm.. Na pierwszy rzut oka niespecjalnie wiadomo o co chodzi - dużo stoisk z wycieczkami oferującymi snurkeling i zadziwiająco dużo symboli nawiązujących do żółwi wodnych! 



I tak - jest to plaża, na której dom swój mają te niezwykłe stworzenia. Niby nic takiego myślimy - no fajnie zobaczymy żółwie w ich naturalnym środowisku... Ochoczo zakładamy maski, prosimy przeurocze starsze Panie, aby zerknęły na nasze ciuchy i już jesteśmy w wodzie. Podekscytowane - dzielnie brniemy wgłąb morza, a łepki już mamy zanurzone pod powierzchnią. Hmmm, niby nic ciekawego - podłoże to jakiś biały piach, który łatwo zmącić i trochę glonów.. Jednak gdy tylko odrywamy stopy od podłoża i podpływamy kawałek.. Jest! Pierwszy, ogromny żółw morski płynie tuż pod nami i po chwili wynurza się uroczo na powierzchnię, by zaczerpnąć powietrza. Mam ochotę piszczeć z wrażenia, ale zaraz zostaję hamowana przez dziewczyny, by nie spędzić na siebie tłumu gapiów z rurkami;) Tak więc żółw pływa tylko z nami ;) Uczucie jest niesamowite i nakazuje zostać w wodzie jeszcze długi czas, zanim trzeba będzie wyjść na stały ląd.



Na cudownym lenistwie na plaży, przerywanym odwiedzaniem żółwi w ich podwodnym królestwie mija nam cały piękny dzień. Nie zabrakło też sesji na plaży, gdzie iguany też postanowiły pozować ;)



Kolejnego dnia w planach mamy urodzinowe beach party naszego hosta i zwiedzanie jedynych nadmorskich ruin Majów - znajdujących się właśnie w Tulum. Pogoda dopisuje, więc zakładamy stroje i ruszamy na spacer ;) przechadzka okazuje się niezwykle męcząca i .. Chyba nie byłybyśmy sobą gdybyśmy się nie zgubiły :P Wkońcu zmęczone palącym słońcem poddajemy się i łapiemy taxę! Impreza okazuje się kameralnym spotkaniem znajomych, któremu towarzyszy muzyka Erica z dj'ki. Nie zajmujemy więc zbyt dużo czasu, składamy życzenia, zwiedzamy plażę i ruszamy dalej;) 


W obiekcie archeologicznym swój dom znalazły iguany w ilości tak dużej, że nie trzeba się specjalnie starać, by dostrzec te niesamowite jaszczury wygrzewające się w każdym kącie na słońcu. 


Początkowa radość z widoku coraz to większego okazu przeradza się w doszukiwanie się różnic i obserwacji ich niesamowiie dziwnych poczynań ;) śmiesznie machają łepkami i biegają po ogromnych połaciach terenu na których się znajdujemy. Pogoda sprzyja, ale dla nas - gringos jest o temperatura ponad możliwości adaptacyjne. Po godzinie spacerku w tej uroczej okolicy, marzymy o prysznicu! 






Na kaniec naszej wycieczki mamy jeszcze okazję zobaczyć niespotykany widok. Drapieżnika pożerającego swą ofiarę.. Cóż, gdzie jaszczury tam musi być i wąż. Zachłanny połyka jedną ze zdobyczy, a tuż obok stygnie kolejna... 



środa, 11 marca 2015

Cenoty, ah cenoty <3

Daniel informuje nas, że mamy 10min na ogarnięcie siebie, a on w tym czasie zrobi szybkie śniadanie. Natychmiastowo wskakujemy w stroje kąpielowe, bierzemy maski i niecierpliwie przebieramy nóżkami,  kiedy wyjedziemy do cenotów:-D.  Jak to bywa w meksykańskim zwyczaju  koledzy Daniela ( bliźniacy) spóźniają się,  więc nasz wyjazd trochę się przeciąga.
Podróż nie należała do najwygodniejszych ponieważ jechaliśmy w 6 w osobówce, ale kto by się tym przejmował, na meksykańskich drogach można robić prawie wszystko, a policja jeszcze się do Cb uśmiechnie;).


Mamy wielkie szczęście,  że jedziemy z bliźniakami,  ponieważ są oni zajaranymi nurkami i znają wiele ciekawych miejscówek.  Zabierają nas do zupełnie pustego cenotu ukrytego gdzieś w gąszczu i kolejny raz mamy coś niesowitego tylko dla siebie + darmowa lekcja nurkowania;-),  bliźniacy z chęcią dzielą się z nami swoimi umiejętnościami;-).
Same cenoty są po prostu niesamowite. Nie możemy się napatrzeć na ten widok- podziemne jezioro, głębokie na 25 m i tak czyste że widać każdą skałkę na dnie, a dodatkowo możemy w nim pływać tyle ile dusza zapragnie:-D Kolejny raz jesteśmy w raju:-D


 





Po powrocie do domu postanwiłyśmy zrobić kolację dla naszego hosta i jego współmieszkańców. W wyniku naszego lenistwa padło na leczo, jedyna trudność to obrać i pokroić warzywa a reszta już się sama zrobi w garnku. Mamy wielką nadzieję,  że nikogo nie zatrujemy naszym specjałem;-).


(Pragnę zaznaczyć, że Meksykańska cebula bardzo szczypie w oczy!)


Po kolacji na lepsze trawienie przyrządzamy drinki, niestety okazują się za mocne dla Meksykańców, więc jesteśmy zmuszone pić same (no cóż nie będę narzekać) i tu się zaczyna nasza zguba.
Po krótkiej grze w kalambury, chłopacy wpadają na świetny pomysł aby nas nauczyć salsy, chyba nie wiedzą jakie właśnie sobie wyzwanie postawili;-).  Przez około 3 godziny dzielnie tańczymy salsę i marangę. Alkoholu ciągle ubywa bo jest tak gorąco,  że ciągle się nawadniamy, już nawet przestałyśmy czuć się głupio, że chłopacy pouczają nas jak ruszać biodrami, polacy-sztywniacy:-). 






O 5 rano podjęłyśmy decyzję, aby w końcu położyć się spać. Nie dane nam było wylegiwać się cały dzień bo o 8 rano zrobiło się tak gorąco, że nie dało się wyleżeć. Przeżycie tego dnia będzie niedala wyzwaniem. Sam proces przemieszczania się jest niesamowicie trudny, po wczorajszej aktywności mamy takie pęcherze na stopach, że każdy krok sprawia potworny ból. Musimy jednak dostać się na stację po bilety abyśmy znów nie łapały stopa do Tulum.
5 min po wyjściu z domu potrąca nas samochód, ma szczęscie prostak, że jechał wolno. Chyba nie ma co kompromitować się tutaj, opisując dalszą część dnia;-) o 20.15 wsiadamy do busa i jedziemy do Tulum;-)